Fogarasze i fogaraska matematyka.

Fogarasze, 2006, 2009

No cóż. Ma się z Fogaraszami niewyrównane rachunki. Dwukrotnie się było. Dwukrotnie się trafiło na taką pogodę, że pozostało jedynie przesiedzieć kilka dni w namiocie. Deszcz, błoto, zimno.

A góry piękne. Pierwszy raz zobaczyłam je w 2006 roku. Naszym celem była wtedy przejażdżka Szosą Transfogaraską. Przejechaliśmy ją wtedy trzy razy. Czemu? Bo trzeba było wrócić w Fogarasze. Przy pierwszym zjeździe żegnał nas taki zachód słońca:

 

Jak moglibyśmy nie wrócić? Wróciliśmy wtedy w 2006. Wróciliśmy w 2009 roku. I to nie koniec. My tam jeszcze pojedziemy. Po raz trzeci, czwarty...

A Fogarasze, kiedy akurat nie pada, wyglądają tak:





Dogonić przeszłość

Rumunia, sierpień 2006 i 2009 
Dom w Chişcău jest jak dom mojego dzieciństwa. Ten mój zniknął. Dziadkowie nie żyją. Sad odkupiło Państwo i zbudowało nowoczesną drogę. Zniknął piec kaflowy, na którym babcia gotowała. Zniknęły drewniane podłogi pomalowane na bordowo – zakrył je plastik i nowoczesne panele. W ogródku zarosły róże, tulipanów nikt nie wykopał, wycięto jesienne marcinki, które rosły tam od kiedy pamiętam. Wszystko zakryje trawnik.




Tak więc, przyjeżdżam do Chişcău. Brama opięta różami, błękitno-liliowe wilce, żółte aksamitki, bujne pelargonie rosną w starych obtłuczonych garnkach. Rudbekie tłoczą się między kamieniami, przy płocie. Siadam na drewnianej, krzywej werandzie, patrzę na snopki siana i wdycham dym płynący z letniej kuchni. Jabłonie i śliwy. Muchy leniwie bzyczą. Przychodzi kotka. Czuję jakbym wróciła do domu.



Ми тепер друзі

Przed nami Husne. Docieramy do wsi. Trafiamy do magazinu. Udaje nam się dogadać w sprawie podwózki, co nie jest prostą sprawą, bo samochód ma tu chyba tylko jeden człowiek i na dodatek jest troszkę zawiany. Ale nie mamy wyboru. Organizacja transportu zajmuje około godziny, do tego targowanie ceny. Cały ten czas spędzamy w sklepiku. Jest sucho, ciepło, przytulnie i mrocznie. Stara, wydeptana podłoga, ławki z drewnianych desek, stół przykryty ceratą.

Każą nam się rozsiąść na ławkach, odpocząć. Do sklepu schodzą się babuszki, dzieci, mężczyźni i kobiety w chustach i ze złotymi zębami. Stajemy się chwilową atrakcją. A skąd jesteśmy, a gdzie byliśmy, a po co tu zeszliśmy. Jest miło. Uczestniczymy biernie w politycznej dyskusji, która rozpętała się w sklepie - "Mówili Juszczenko, Juszczenko, Juszczenko i co? I tak samo jak było albo i gorzej. A ta jego Julka wcale nie lepsza. Janukowycz to chociaż coś dał. A teraz to jak - kto miał to ma, a ten co nie miał to dalej nie ma."

No - w końcu jedziemy. Dowozi nas powoli ale bezpiecznie do Biłaszowic. Jesteśmy przemoknięci i przemarznięci. Woda kapie nam z nosów i nieprzemakalnych kurtek. Gospodarze, u których zostawiliśmy samochód pozwalają nam przebrać się u nich w izbie. Zmieniamy ubrania - dobrze, że zostawiliśmy jakieś ciuchy w samochodzie, bo to co mam w plecaku jest całkowicie mokre. Gospodyni patrzy na nas litościwie i proponuje herbatę. Korzystamy chętnie. Za chwilę na stole jest nie tylko herbata w eleganckich, gościnnych chyba filiżankach ale także chleb, masło, domowy żółty ser. Gospodarz wyciąga wódkę i chce nas częstować ale grzeczne odmawiamy. "U was nie piją?" - pyta. "Piją ale my raczej nie. Dziękujemy." Nie naciska i nie obraża się. Zjadamy ze smakiem poczęstunek, wypijamy herbatę z ciemnym cukrem. Rozmawiamy - o naszej wycieczce, o burzy, o weselu o którym mówił nam wcześniej kierownik turbazy (200 osób! - zaproszona cała wieś a nasi gospodarze zaraz idą na poprawiny). Gospodyni wyciąga wielką kulę białego sera i daje nam w prezencie. Żegnamy się. "Jak przyjedziecie znowu, to już wiecie, że u nas można zostawić samochód. My już teraz jesteśmy znajomi." Machamy na pożegnanie. Jeszcze wrócimy. W końcu trzeba zrobić zdjęcia i zobaczyć te słynne panoramy.

Burza i mgła


Rozbijamy namiot na ścieżce trawersującej Ostry Wierch. Kiedy tylko wchodzimy do namiotu zaczyna lać. Z oddali słychać grzmoty i przez ścianki namiotu widać jak rozświetla się niebo od błyskawic. Mamy nadzieję, że burza przejdzie bokiem. Krązy. I w końcu nadchodzi. Grom uderza gdzieś blisko, od huku drży ziemia. Grzmot przewala się przez góry. Jest naprawdę strasznie. Pierwszy raz w życiu drżę ze strachu. Każdą błyskawica cieszy mnie, bo skoro ją widzę, to znaczy, ze w nas nie trafiła. Grzmoty wydają sie być straszniejsze ale wiem, że one nie są groźne. Całe szczęście burza oddala się dość szybko. Całą noc jednak mocno pada, wiatr łopocze materią namiotu.

Trudno jest usnąć. Burza gdzieś tam jeszcze krąży. Przez całą noc zjeżdżam w dół po karimacie. Pod plecami czuję nierówności - tam gdzie były kępy traw. Śpię, a właściwie przysypiam w sumie może ze dwie godziny. Tylko Ania wysypia się w miarę - nie ma to jednak jak pompowana mata pod plecami. Prawdziwy luksus. Wstajemy około 8 rano. Noc była ciężka, jesteśmy zmęczeni ale i tak cieszymy się, że tu jesteśmy.


Mokry namiot, trochę mokre śpiwory. Ani puchowy zamókł od ścianki namiotu, na mój nakapało z sufitu, bo zostawiliśmy otwarte wywietrzniki. Poranne zbieranie się zajmuje nam dużo czasu.  Mija nas grupa sześciu czy siedmiu ludzi z Polski. Nocowali niedaleko. Burza też dała im popalić.


Niestety nadal pada. Mgła jest jeszcze gęstsza. Postanawiamy zejść do Libuchory. Nie ma sensu wracać grzbietem w tej zupie. I tak nic nie widać. We mgle gubimy drogę. Znowu trzeba wracać. Jakimś dziwnym sposobem zamiast do Libuchory trafiamy do Husnego. W sumie lepiej, bo bliżej do Biłaszowic.


A po drodze mamy jak w piosence:  
"woda schodzi z gór ścieżkami,
wiatr gałęziom strąca krople,
szumi woda pod butami,
wszystko jest zupełnie mokre"

Pikuj we mgle



Rano wracamy ścieżką, którą tu dotarliśmy wczorajszego wieczora i odnajdujemy szlak. Uzupełniamy zapas wody. Robię sobie małą kąpiel w potoku. Super! Idziemy w górę. Mamy do pokonania jeszcze około 400 m w pionie. Najpierw las. Przepiękny - klonowo-buczynowy - w najpiękniejszych jesiennych kolorach. Trochę drzew iglastych. Mozaika nasyconej żółci, wszelkich odcieni czerwieni i brązu i mocnej zieleni.

Niestety to były ostatnie słoneczne chwile. Zaczyna się mgła. Ta mgła nie opuści nas już do końca. Stopniowo pogoda będzie się pogarszać.


Zdobywamy Pikuja! Zaskakująco szybko osiągnęliśmy cel naszej wyprawy. Niestety nie widzimy nic oprócz samego szczytu. Widoczność ograniczona jest do kilku metrów. Nie ma ani panoramy Gorganów, ani Połoniny Równej ani Borżawy ani Halicza ani polskich połonin. Nie widać nic. Opowiadamy sobie tylko, co jest tam - za tą mgłą. Humory pomimo to nam dopisują. Zjadamy jabłka, pijemy herbatę i idziemy dalej. Planujemy iść w stronę Starostyny i w zależności od pogody wrócić tym samym szlakiem albo zejść do Libuchory i załatwić podwózkę do Biłaszowic. Po drodze objadamy się jagodami i borówkami, których jest mnóstwo.Otaczają nas złocisto-czerwone jagodowe pola.



Docieramy do Ostrego Wierchu i postanawiamy tu zanocować. Ma być tu gdzieś źródło i ruiny schroniska. Nie udaje nam się znaleźć jednak wody. Dobrze, że mamy zapas. Wszędzie jest duży spadek. Jedynym w miarę równym miejscem jest sama ścieżka. Na niej rozbijamy namiot. W miarę równo jest tylko pod plecami. Pod nogami mamy spadek w dół. Kolacja, ognisko. I kładziemy się spać. Kiedy tylko wchodzimy do namiotu zaczyna lać.


Poza szlakiem

Szlak oznaczony jest zaskakująco dobrze ale to nie oznacza, że dobrze. W porównaniu ze szlakami rumuńskimi jest świetny. Na rozwidleniu nie dostrzegamy oznaczenia, szlak skręca w lewo i idzie wzdłuż rzeki, my idziemy ścieżką mocno w górę i na prawo. Idziemy w złym kierunku. Gór niestety nie widać, bo zasłaniają je chmury. Nasza ścieżka kończy się buczynowymi zaroślami. Za godzinę będzie już ciemno. Postanawamy wrócić na obszerną polanę, którą minęliśmy wcześniej i tam zanocować.

  Poranny widok z namiotu
Jacek rozbija namiot, ja i Ania zbieramy drewno na ognisko. Jest niestety bardzo mokro i nie ma pewości, że uda się rozpalić ogień. Zjadamy kolację, pijemy herbatkę. Wesoło nam ale coraz zimniej. Kiedy zaczynają mi szczękać zęby, idę do namiotu. Jacek jeszcze walczy z ogniskiem i w końcu udaje mu się je rozpalić. Ja już nie znajduję motywacji, żeby wyjść z ciepłego śpiwora. Wyglądam jeszcze tylko, żeby popatrzeć na niebo. Wiatr rozwiał chmury. Widać drogę mleczną. Jest pięknie! Pokrzepieni nadzieją na dobrą pogodę zasypiamy spokojnie i śpimy dłuuugo.

Na Pikuj

Wahamy się czy startować z Libuchory czy z Biłaszowic. Ostatecznie trafiamy do Biłaszowic. Podjeżdżamy pod turbazę. Chcemy tu zostawić auto. Rozmawiamy z kierownikiem domu turystycznego, który odradza nam zostawienie samochodu na terenie turbazy, ponieważ w sobotę będzie tu swadzba - znaczy wesele i nikt auta nie będzie pilnować. A w ogóle - to gdzie my będziemy spać - pyta nas. Kiedy mówimy, że w pałatce, na połoninie - patrzy na nas z niedowierzaniem i ostrzega - "przemarzniecie". Dzwoni po wsi, żeby załatwić nam miejsce do parkowania u któregoś z mieszkańców. Ostatecznie zostawiamy samochód na podwórku tuż obok turbazy. Trzeba zapłacić i to niemało - 100 chrywien i gospodarze wydają się gburowaci. Nic to - nie musimy się lubić.

Zabieramy rzeczy i ruszamy w górę. Dziwnie wyglądamy w naszych górskich ciuchach, z plecakami. Jesteśmy jakoś wyrwani z kontekstu a tutejsi patrzą na nas jak na dziwolągi. Tylko dzieci pozdrawiają nas wesoło "Dobry den". Pogoda kiepska - niebo całkiem zachmurzone ale nie pada, nie ma mgły i jest dość ciepło.


Inna Ukraina

Tym razem mamy okazję zobaczyć inną Ukrainę niż poprzednio. Droga na Lwów wypaczyła nam obraz tego kraju. Wtedy widzieliśmy tylko pokołochozową, pokomunistyczną szarość i równanie w dół. Zniszczony krajobraz środowiskowy i kulturowy. Szare, betonowe baraki, pomniki gierojów i rakiet w środku pozostawionych ugorem pól.

Teraz trafiamy na biedne i pełne chylących się chat wioski. Ale widać, że ludzie nie zostali wyrwani ze swojej kultury, że mają tożsamość i świadomość swojej historii, kulturowego dziedzictwa. Cudowne ogródki pełne dalii i marcinków. Przy drodze pasą się puszczone samopas konie, krowy, kozy, gęsi, kurki, perliczki, indyki i świnki. Koguty stroszą pióra i wyciągają szyje rozglądając się zadziornie. Drewniany płoty. Domy obrośnięte dzikim winem. Malowane okiennice, drewniane domy z bali lub kryte gontem - podobne widzieliśmy na rumuńskim Maramureszu - to ten sam krąg kulturowy.

Najtrudniej dotrzeć na start.

Pikuj czeka. Od dawna zaprzątał moje myśli. Kusi, kiedy spogląda się z polskich Bieszczadów na wschód.

Pracę kończę o 16-tej ale trzeba jeszcze do banku, po gotówkę. Jak zawsze wszystko trwa dłużej niż byśmy chcieli. Pakowanie - choć rozpoczęte dwa dni wcześniej - przeciąga się do ostatniej chwili. Jacek w biegu dopakowuje plecaki, ogarnia dom. Mamy niewielkie opóźnienie. Praktycznie pomijalne - godzina. Wyjazd z Warszawy. Porównujemy sprawdzone w internecie prognozy pogody. Nie jest dobrze. Gdzieś wynalazłam prognozę dla Libuchory - w piątek podobno ma być słońce. I przelotne zachmurzenie w sobotę. W niedzielę ma padać. Ta wersja prognozy jest najbardziej optymistyczna.

Droga mija bez przygód. Do Ustrzyk Dolnych dojeżdżamy przed północą. Wynajęty pokój okazuje się być ohydną norą a w maleńkiej łazieneczce wydzielonej z przestrzeni pokoju, ktoś nasmrodził dymem z papierosów. Wychodzę z łazienki śmierdząca skisłym tytoniowym dymem. Śmierdzi mi ręcznik i w ogóle wszystko. Jest paskudnie ale trzeba tę noc tutaj przespać i tyle.

Rano krótkie śniadanie, prysznic. Jedziemy do Krościenka. Na granicy stoimy o dziwo tylko 40 min. Spodziewaliśmy się dłuższego oczekiwania ale ukraińscy celnicy i pogranicznicy mają dziś dobre humory. Odsyłają nas tylko raz po pieczątkę nadzoru weterynaryjnego. Pieczątkę dostajemy. Co ona ma znaczyć nie wie nikt. W każdym razie weterynaryjnie jesteśmy w miarę OK skoro nas przepuszczają.

Jazda przez Ukrainę nie jest łatwa. Mają naprawdę kiepskie drogi. Nawet krajowe są tylko jednopasmowe. Drogę dzieli na stałe ciągła linia. Nie ma poboczy. Dziura na dziurze, łata na łacie. Zaraz za granicą zatrzymuje nas policja. Sprawdzają tylko dowód rejestracyjny. Króciutka rozmowa skąd jesteśmy i puszczają nas wolno. Bez żadnych wymuszeń łapówek i doszukiwania się problemów. Ludzie mówią, że łapówki na Ukrainie to całkowity standard. Jesteśmy tutaj drugi raz i jak na razie nie mieliśmy takich problemów.

Les Fanfoireux. Radość życia.

Rumunia, sierpień 2009

Jakaś wielka awaria. Cała stara Sighisoara tkwi w ciemnościach, gdzieś w oddali, w dole widać światła miasta ale tutaj zastał nas średniowieczny mrok.

Ciemności starej Sighişoary wyganiają nas w końcu z cytadeli. Zwykle mamy w podręcznych plecakach czołówki ale dziś ich nie wzięliśmy. Po ciemku, wyczuwając stopami schodki schodzimy w dół miasta, na prawo od wieży. Idziemy ostrożnie. Łatwo się potknąć – schodki nierówne, średniowieczny bruk nieprzewidywalny – bez norm i procedur. Różne odległości między schodkami, różna ich wysokość. Z ciemności dobiega do nas dźwięk bębnów. Intrygujące. Idziemy w kierunku muzyki. Dołączają trąbki. Słuchać akordeon. Za zakrętem okazuje się, że tu już jest prąd. Ale oświetlenie bardzo nikłe – po dwóch stronach brukowanej uliczki parasole restauracji i pizzerii. A na uliczce duża grupa cygańskich muzyków.


Nie – nie cygańskich. To chyba Rumuni – jeden z muzyków dziękuje wylewnie za aplauz krzycząc „mulcumesk!” . Niektórzy w tradycyjnych, pasterskich kapeluszach – z tyłu krótkie podwinięte ronda, z przodu opuszczone jak daszki. Dziewięć osób. Jedna dziewczyna – krótkie włosy, podcięte podobnie jak moje na wysokości uszu.

Scena nie jest statyczna. Chłopcy z dredami – tańczą – każdy inaczej i wydaje się, że ten taniec wypływa z głębi serca. Twarze rozpromienione, rozświetlone. Dziewczyna stoi przodem do orkiestry i podaje pierwsze takty. Trąby, trąbki, bębny, grzechotki, brzękadła. Nieprawdopodobna radość życia. Muzycy raz po raz wychodzą przed orkiestrę, utrzymując się w rytmie muzyki zbliżają się do stojącej naprzeciwko nich publiczności i prowokują do włączenia się do spektaklu. W wąskiej uliczce publiczność stoi tak, jakby siedziała na widowni. Nie może się rozlać wokół orkiesty – brak na to miejsca. Z publiczności wychodzi młody Cygan, który zatraca się w muzyce i przedstawieniu – prowadzi dyskurs na słowa i gesty z muzykami, próbuje grać na instrumentach, zdejmuje koszulę i tańczy breaka. Muzycy zachwyceni. Grają z radością i bez oszczędzania. 

Po koncercie podchodzę, żeby dowiedzieć się czegoś więcej i podziękować za wspaniałą muzykę prosto z serca. Rozmawiam z jednym z chłopaków - Tristanem – dziękuję mu a on dziękuje mi. Mówi, że publiczność była świetna i dobrze im się grało. Biorę wizytówkę zespołu. Les Fanfoireux. Są z Brukseli. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła ich posłuchać na żywo.

Polecam szczególnie od 3 min.

Sighişoara unplugged

Rumunia,   Sighişoara,  sierpień 2009 
Siedzę pod ratuszową wieżą w Sighişoarze i słucham głuchych dźwięków bębenka, na którym wygrywa dziewiątą wieczór jedna z zegarowych postaci. Mało ludzi, zapada zmrok, błoto na ulicy, hałdy kamieni. Remont. Ławka przy miejskim źródełku, które biło tu pewnie i pięćset lat temu.



Wpatruję się w coraz ciemniejszy, gęstszy mrok. Widzę postacie krzątające się po brukowych uliczkach, małe wózki ciągną starsi, dzieci pomagają, bogaty kupiec siedzi na wozie i przepycha się w tłuszczy. Śmierdzą ścieki w rynsztoku, walają sie przegniłe resztki warzyw. Gdzieś pod murem, wciśnięty w mur siedzi żebrak. W oknie gruba gospodyni trzepie kolorowy chodnik. Cienie są teraz takie wyraźne i widzę to wszystko, tak jakby istniało. Teraz a nie setki lat temu.

Dopiero po kwadransie czy dwóch orientujemy się, że nie ma prądu. Jakaś wielka awaria. Cała stara Sighişoara tkwi w ciemnościach, gdzieś w oddali, w dole widać światła miasta ale tutaj zastał nas średniowieczny mrok. Ludzi nie ma, bo niewielu jest amatorów nocnych wędrówek w ciemności na rozrytych przez koparki uliczki. Idziemy do restauracji, do domu, w którym urodził się Drakula. Obsługa zagubiona rozkłada ręce – tylko piwo i napoje. Jacek bierze piwo, ja niczego nie chcę. Siadamy w podcieniu. Klaustrofobiczne, niskie sklepienie, monstrualnie grube mury. Ciemność nocy rozpraszana jedynie przez świece. Sighişoara dała nam prezent – podróż w czasie.

***
Sighişoara, lipiec 2011.

Nie ma już źródełka pod wieżą zegarową. Zlikwidowali je w czasie remontu nawierzchni w 2009 roku. Szkoda. Było dobre, użyteczne, piękne i na miejscu. 



 

Inspiracje

Rumunia, lipiec 2009 
Zwykle podróż jest wynikiem jakiejś inspiracji i często dostarcza inspiracji nowych.

Mieliśmy wyjechać z Warszawy w piątek wieczorem. Pakowanie zaczęliśmy kilka dni wcześniej ale i tak nie sposób wyrobić się ze wszystkim. O dziewiątej wieczorem, w piątek poddajemy się i postanawiamy ruszyć w sobotę rano. Przed nami jeszcze dużo pracy. Zasypiamy po północy. Następnego dnia bez pośpiechu domykamy wszystkie sprawy i około południa wyruszamy.

Nastawiam radio na program III. Po chwili zasłuchuję się bez reszty w audycji o islamskim, ludowym mistycyzmie. O Pakistanie, sufich, muzyce kawwali, Nusracie Fateh Ali Khanie, Rumim Dżalaludinie, bębniarzach - głuchoniemym Gundze i jego chorowitym bracie Mittu mówi Max Cegielski , autor książki „Pijani bogiem”. Nie wiedziałam jaką książkę zabrać w tę podróż. Już wiem.




Nusrat Fateh Ali Khan - Dam Mast qalander Mast Mast

Cu pleciere*

Rumunia, sierpień 2009
Tęsknię za bezinteresowną życzliwością, którą spotykam będąc w drodze. Może gdybym była obca tutaj, to łatwiej byłoby tego doświadczyć? Może obcy, niegroźny bo samotny, niemy, nieznający lokalnej rzeczywistości, wymagań, oczekiwań, wyrwany z układów jest jak dziecko i otrzymuje pomoc, życzliwość? To wiersz bez kropki na końcu. Z Herberta.

„proszę Cię żebyś nie zapomniał wynagrodzić siwego staruszka
który przyniósł mi owoce ze swego ogrodu w zatoce na wyspie Itaka
a także nauczycielki Miss Hellen z wyspy Mull która przyjęła
mnie po grecku albo po chrześcijańsku i kazała zapalić
światło w oknie wychodzącym na Holy Iona aby ludzkie światła pozdrawiały się
a również tych wszystkich którzy wskazywali mi drogę
i mówili kato kyrie kato
i żebyś miał w swojej opiece Mamę z Spoleto Spiridiona
z Paxos i dobrego studenta z Berlina który wybawił mnie
z opresji a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie wiózł
mnie do Wielkiego Kanionu który jest jak sto tysięcy katedr
zwróconych głową w dół”

proszę Cię abyś wynagrodził chudziutką kobietę, w sukience w paski, która wybiegła w deszcz, żeby potrzymać nad nami parasol,

odpłać za butelkę wody podaną nam w wielkiej potrzebie, gdy droga była długa i zapylona a skwar płynący z nieba odebrał nam siły,

wybacz nam kradzież jabłek i policz dobry uczynek spłoszonym siostrzyczkom, które nie umiały nas wygonić z klasztornego sadu

* nie ma za co

Się nie zmienia

Rumunia, sierpień 2009 
Kiedy wracam po raz kolejny w dalekie miejsce, które niegdyś wydawało się być na końcu świata a teraz poznaję je jak dobrego znajomego zaskakuje mnie, kiedy jest ono takie samo.

No bo jak to tak - byliśmy tu, potem odjechaliśmy do swoich spraw, świat działał, rzeczy się działy, wracamy za rok, za dwa a to wiejskie skrzyżowanie jest dalej, dziury w drodze takie same, nawet słońce świeci podobnie.

A na skrzyżowaniu pagórek zielonych arbuzów. A za pagórkiem na ławeczce z parasolem siedzi Cyganka i uśmiecha się szeroko, od ucha do ucha błyszczą złote zęby. Pierwszego rumuńskiego arbuza kupiłam właśnie u niej.
~

Iezerski bestiariusz

Rumunia, sierpień 2009 
Śpimy pod Papuszą. O świcie Jacek biegnie robić zdjęcia – ma nadzieję, że ze szczytu Papuszy będzie już widać Fogarasze. Idę na niedaleki szczyt popatrzeć jak nad Piatra Craiului podnosi się słońce a w dolinach - mgły. Wokół cisza i nie ma nikogo.


Wschód słońca nad piękną Piatra Craiului
W pobliżu obudziły się dziko wypasane koniki i suszą grzywy pędząc w poprzek stoku w falującej trawie. Same wyglądają jak wiatr i czysta radość. Nie sposób opisać tego, co się czuje, kiedy się patrzy na takie stado. Dorosłe otaczają źrebaczka. Biegną, gładko zawracają, jak ławica ryb – płyną stepem.


Od przebudzenia widzimy stado owiec, które powolutku ale przez cały czas migruje po pobliskim stoku i zbliża się do nas. Spotkanie ze stadem, z pilnującą hordą psów pasterskich i ciobanami na pewno nastąpi. Najpierw podbiegają psy. Jest ich dziewięć. Najpracowitszym, najsprytniejszym i budzącym największy posłuch wśród owiec jest piesek najmniejszy. Mały, czarniawy, kudłaty. Piąta woda po pasterskim owczarku. Psy nie są agresywne. Pasterze nas widzą i wołają psy ale one nie mają ochoty wracać. Ułożyły się w trawie i patrzą na nas z ciekawością i oczekiwaniem. Może liczą na śniadanie?

W końcu podchodzą ciobani. Jest ich dwóch. Wiek ciężko ocenić, bo twarze mają pomarszczone i opalone. Daję im około pięćdziesiątki. W oczach radość i błysk. Jakoś tak się dzieje, że po chwili wymieniamy już informacje, opinie i śmiejemy się. Chociaż nasz zasób słów jest bardzo mały, to jak zawsze okazuje się, że ważniejsza jest chęć porozumienia niż znajomość języka. Chwalą polskich studentów, którzy przyjeżdżają do studenckiej chatki u stóp góry.

Cioban pyta, czy podoba nam się tutaj, czy góry ładne.
– Da, munci frumosi – odpowiadamy zgodnie.
– Tak - piękne te góry ale niebezpieczne. Wilki, niedźwiedzie… - mówi cioban.
Kiwamy głowami ze zrozumieniem, bo niedźwiedzie podobno łatwo tutaj spotkać. Cioban kontynuuje
– …pantery, mamuty.

I zaczyna się śmiać a w oczach świecą mu się złośliwe ogniki. Zadowolony jest z żartu. My też się śmiejemy. A jeśli tu rzeczywiście mieszkają te pantery i mamuty? Za miedzą to jest możliwe.