Dogonić przeszłość

Rumunia, sierpień 2006 i 2009 
Dom w Chişcău jest jak dom mojego dzieciństwa. Ten mój zniknął. Dziadkowie nie żyją. Sad odkupiło Państwo i zbudowało nowoczesną drogę. Zniknął piec kaflowy, na którym babcia gotowała. Zniknęły drewniane podłogi pomalowane na bordowo – zakrył je plastik i nowoczesne panele. W ogródku zarosły róże, tulipanów nikt nie wykopał, wycięto jesienne marcinki, które rosły tam od kiedy pamiętam. Wszystko zakryje trawnik.




Tak więc, przyjeżdżam do Chişcău. Brama opięta różami, błękitno-liliowe wilce, żółte aksamitki, bujne pelargonie rosną w starych obtłuczonych garnkach. Rudbekie tłoczą się między kamieniami, przy płocie. Siadam na drewnianej, krzywej werandzie, patrzę na snopki siana i wdycham dym płynący z letniej kuchni. Jabłonie i śliwy. Muchy leniwie bzyczą. Przychodzi kotka. Czuję jakbym wróciła do domu.



Burza i mgła


Rozbijamy namiot na ścieżce trawersującej Ostry Wierch. Kiedy tylko wchodzimy do namiotu zaczyna lać. Z oddali słychać grzmoty i przez ścianki namiotu widać jak rozświetla się niebo od błyskawic. Mamy nadzieję, że burza przejdzie bokiem. Krązy. I w końcu nadchodzi. Grom uderza gdzieś blisko, od huku drży ziemia. Grzmot przewala się przez góry. Jest naprawdę strasznie. Pierwszy raz w życiu drżę ze strachu. Każdą błyskawica cieszy mnie, bo skoro ją widzę, to znaczy, ze w nas nie trafiła. Grzmoty wydają sie być straszniejsze ale wiem, że one nie są groźne. Całe szczęście burza oddala się dość szybko. Całą noc jednak mocno pada, wiatr łopocze materią namiotu.

Trudno jest usnąć. Burza gdzieś tam jeszcze krąży. Przez całą noc zjeżdżam w dół po karimacie. Pod plecami czuję nierówności - tam gdzie były kępy traw. Śpię, a właściwie przysypiam w sumie może ze dwie godziny. Tylko Ania wysypia się w miarę - nie ma to jednak jak pompowana mata pod plecami. Prawdziwy luksus. Wstajemy około 8 rano. Noc była ciężka, jesteśmy zmęczeni ale i tak cieszymy się, że tu jesteśmy.


Mokry namiot, trochę mokre śpiwory. Ani puchowy zamókł od ścianki namiotu, na mój nakapało z sufitu, bo zostawiliśmy otwarte wywietrzniki. Poranne zbieranie się zajmuje nam dużo czasu.  Mija nas grupa sześciu czy siedmiu ludzi z Polski. Nocowali niedaleko. Burza też dała im popalić.


Niestety nadal pada. Mgła jest jeszcze gęstsza. Postanawiamy zejść do Libuchory. Nie ma sensu wracać grzbietem w tej zupie. I tak nic nie widać. We mgle gubimy drogę. Znowu trzeba wracać. Jakimś dziwnym sposobem zamiast do Libuchory trafiamy do Husnego. W sumie lepiej, bo bliżej do Biłaszowic.


A po drodze mamy jak w piosence:  
"woda schodzi z gór ścieżkami,
wiatr gałęziom strąca krople,
szumi woda pod butami,
wszystko jest zupełnie mokre"

Pikuj we mgle



Rano wracamy ścieżką, którą tu dotarliśmy wczorajszego wieczora i odnajdujemy szlak. Uzupełniamy zapas wody. Robię sobie małą kąpiel w potoku. Super! Idziemy w górę. Mamy do pokonania jeszcze około 400 m w pionie. Najpierw las. Przepiękny - klonowo-buczynowy - w najpiękniejszych jesiennych kolorach. Trochę drzew iglastych. Mozaika nasyconej żółci, wszelkich odcieni czerwieni i brązu i mocnej zieleni.

Niestety to były ostatnie słoneczne chwile. Zaczyna się mgła. Ta mgła nie opuści nas już do końca. Stopniowo pogoda będzie się pogarszać.


Zdobywamy Pikuja! Zaskakująco szybko osiągnęliśmy cel naszej wyprawy. Niestety nie widzimy nic oprócz samego szczytu. Widoczność ograniczona jest do kilku metrów. Nie ma ani panoramy Gorganów, ani Połoniny Równej ani Borżawy ani Halicza ani polskich połonin. Nie widać nic. Opowiadamy sobie tylko, co jest tam - za tą mgłą. Humory pomimo to nam dopisują. Zjadamy jabłka, pijemy herbatę i idziemy dalej. Planujemy iść w stronę Starostyny i w zależności od pogody wrócić tym samym szlakiem albo zejść do Libuchory i załatwić podwózkę do Biłaszowic. Po drodze objadamy się jagodami i borówkami, których jest mnóstwo.Otaczają nas złocisto-czerwone jagodowe pola.



Docieramy do Ostrego Wierchu i postanawiamy tu zanocować. Ma być tu gdzieś źródło i ruiny schroniska. Nie udaje nam się znaleźć jednak wody. Dobrze, że mamy zapas. Wszędzie jest duży spadek. Jedynym w miarę równym miejscem jest sama ścieżka. Na niej rozbijamy namiot. W miarę równo jest tylko pod plecami. Pod nogami mamy spadek w dół. Kolacja, ognisko. I kładziemy się spać. Kiedy tylko wchodzimy do namiotu zaczyna lać.


Poza szlakiem

Szlak oznaczony jest zaskakująco dobrze ale to nie oznacza, że dobrze. W porównaniu ze szlakami rumuńskimi jest świetny. Na rozwidleniu nie dostrzegamy oznaczenia, szlak skręca w lewo i idzie wzdłuż rzeki, my idziemy ścieżką mocno w górę i na prawo. Idziemy w złym kierunku. Gór niestety nie widać, bo zasłaniają je chmury. Nasza ścieżka kończy się buczynowymi zaroślami. Za godzinę będzie już ciemno. Postanawamy wrócić na obszerną polanę, którą minęliśmy wcześniej i tam zanocować.

  Poranny widok z namiotu
Jacek rozbija namiot, ja i Ania zbieramy drewno na ognisko. Jest niestety bardzo mokro i nie ma pewości, że uda się rozpalić ogień. Zjadamy kolację, pijemy herbatkę. Wesoło nam ale coraz zimniej. Kiedy zaczynają mi szczękać zęby, idę do namiotu. Jacek jeszcze walczy z ogniskiem i w końcu udaje mu się je rozpalić. Ja już nie znajduję motywacji, żeby wyjść z ciepłego śpiwora. Wyglądam jeszcze tylko, żeby popatrzeć na niebo. Wiatr rozwiał chmury. Widać drogę mleczną. Jest pięknie! Pokrzepieni nadzieją na dobrą pogodę zasypiamy spokojnie i śpimy dłuuugo.

Spaliśmy

Rumunia, sierpień 2006

Latem, w Rumunii można właściwie nocować za darmo. A jeśli ktoś jest twardy i pogoda mu nie przeszkadza - to przez cały rok. Jeśli tylko masz namiot, to możesz rozbić go w dowolnym miejscu. W miastach pewnie nie jest to możliwe ale my podróżujemy po prowincji. Zwykle korzystamy z miejsc, w których już ktoś biwakuje. Zwykle znajdujemy miejsce noclegu już po zachodzie słońca i rozbijamy namiot po ciemku. Szkoda na to dnia. Zwykle czujemy się w takich miejscach bardzo bezpiecznie. Czasem tylko zdarzają się  niespodzianki. Jak wtedy, gdy rozbiliśmy namiot na pastwisku i rano odwiedziło nas stado koni a jeden z nich zjadł nam wycieraczkę.


Większość nocy spaliśmy w namiocie. Czasem na polach płatnych a czasem na dzikich. Dwie noce spędziliśmy na kwaterze przy prywatnym muzeum etnograficznym w Chiscau, jedną w przydrożnym hotelu w Arieseni (różowy sufit z wymalowanymi gwiazdami) i jedna w domku kampingowym pod Klużem. Najcudniej spało się pod namiotem - na Padis i w wąwozie Turda. W Stina de Vale przemarzliśmy do szpiku kości ale za to prosto z prowizorycznego kranu mogliśmy pić wodę mineralną sprzedawaną w całym kraju.

Wspaniale jest powylegiwać się przed namiotem, gapić się na gwiazdy, słuchać świerszczy. A rano od razu wychodzi się na wiatr i słońce, wokół zieleń, wszyscy przygotowują śniadania, kawę. Lubię tę atmosferę. Dobrze mi bardzo było też w Chiscau - śniadanka na werandzie z widokiem na tamtejsze sadki, wielgachne snopy siana, letnią kuchnię.

Jedna uwaga - jeśli bardzo zależy Ci na ciszy w nocy - nie nocuj pod namiotem i w towarzystwie Rumunów. Na biwaku słucha się przecież manele - rumuńskiego disco. Można to polubić.