Świnia

Gdzieś w Rumunii, 2006

Nie pamiętam gdzie to się stało. W moim ukochanym Chișcău, czy raczej we wsi Kaczyka? A może zupełnie gdzieś indziej.


Mały pokoik, poddasze, firanka powiewającą w oknie, intensywne słońce, lekki zapach zieleni i siana. Obudziliśmy się o świcie. Ze snu wyrwała nas natrętna melodia dzwonów. Tuż za gruntową, zarośniętą drogą stał kościół i bito w dzwony. Ale nie byle jak. Długo, bez ustanku, zachowując powtarzalny rytm. Nie dało się już zasnąć.


Kilka godzin później siedziałam w tym samym pokoju. Zaciskałam pięści, zasłaniałam uszy. Z oczu płynęły mi łzy. A na podwórku wrzeszczała, łkała, darła się w niebogłosy zarzynana świnia. To pamiętam. 







Fogarasze i fogaraska matematyka.

Fogarasze, 2006, 2009

No cóż. Ma się z Fogaraszami niewyrównane rachunki. Dwukrotnie się było. Dwukrotnie się trafiło na taką pogodę, że pozostało jedynie przesiedzieć kilka dni w namiocie. Deszcz, błoto, zimno.

A góry piękne. Pierwszy raz zobaczyłam je w 2006 roku. Naszym celem była wtedy przejażdżka Szosą Transfogaraską. Przejechaliśmy ją wtedy trzy razy. Czemu? Bo trzeba było wrócić w Fogarasze. Przy pierwszym zjeździe żegnał nas taki zachód słońca:

 

Jak moglibyśmy nie wrócić? Wróciliśmy wtedy w 2006. Wróciliśmy w 2009 roku. I to nie koniec. My tam jeszcze pojedziemy. Po raz trzeci, czwarty...

A Fogarasze, kiedy akurat nie pada, wyglądają tak:





Bramy, dachy, ławki... i coś więcej.

Rumunia, Apuseni, 2006

W najcudowniejszym zakątku Rumunii – Górach Apuseni domy stawia się jeden obok drugiego, wzdłuż drogi. Każdy dom malowany – zielone, brązowe, żółte, czerwone. I każdy zdobiony kontrastowymi obwódkami – brązowa ściana i białe linie wokół okien. Część domu widoczna od ulicy to tak naprawdę brama i przejście na podwórze zamknięte wysokim murem. Z podwórza wchodzi się do domu. Na dachach ciężka dachówka. 


Przed domami, przy drodze ławeczki. A na ławeczkach, wieczorem siadają rodziny, staruszkowie, ubrane na czarno staruszki. Życie chwilowo toczy się w cieniu domów. Tak sobie siedzą, coś popijają, śmieją się, rozmawiają i wyglądają na drogę. 

Jedziemy do Pietroasy szukać noclegu. Droga biegnie wzdłuż wioski. Jest dość dobra. Asfaltowa. Wszystkie wyrwy zostały wygładzone i zasypane żwirem. Nawet przy naszej oszałamiającej prędkości – maksymalnie dziesięciu kilometrów na godzinę – kamyki z chrzęstem strzelają nam spod kół i łomoczą o podwodzie. Nagle nasza Honda zaczyna rzęzić, słyszymy głośne, metaliczne, powtarzające się zgrzyty. 

Zatrzymujemy się, żeby sprawdzić, co się dzieje. Nic się nie urwało, nic nie zostawiliśmy na drodze, niczego za sobą nie ciągniemy, nic nie kapie. Deliberujemy nad autem kilka minut snując dramatyczne przypuszczenia, co do stanu silnika. Z jednej z ławeczek podnosi się młody chłopak i podchodzi do nas. Pyta co się dzieje – my, mówimy, że rzęzi, on – że nie ma się czym martwić, bo to zapewne kamyk się wkręcił w piastę koła i można jechać dalej. Sam wypadnie. A jakby rzeczywiście coś poważniejszego się stało, to na końcu wsi jest mechanik.

Tak właśnie wszystko sobie wyjaśniliśmy. Choć żadne z nas nie znało języka rozmówcy. Podziękowaliśmy pięknie i pojechaliśmy dalej. A nasz wybawca wrócił na ławeczkę do sąsiadów i znajomych. Pomachali nam na pożegnanie.


Turda

Rumunia, Wąwóz Turda, 2006
 
Wąwóz Turda. Pamiętna podróż tam, zjazd na pole namiotowe po ogromnych wybojach i koleinach, pamiętny nocleg i jazda w górę. Na zawsze wypalił się w mojej pamięci obraz, który zastaliśmy dojeżdżając do wąwozu.

Zmierzcha. Mijamy miasteczko, wjeżdżamy w nieużytki - łąki, zarośla. Kiepska, dziurawa asfaltówka znienacka zmienia się w luźno położone betonowe płyty. Turlamy się po nich podskakując na nierównościach  w gęstniejącym mroku. Wąwozu nie widać i nic nie zapowiada, żeby jakiś wąwóz miał tu gdzieś być. Zaczynamy wątpić, że to dobra droga. W końcu docieramy do jakiegoś zagubionego w pagórkowatym krajobrazie parkingu, na którym stoi jeden samochód. Jacek idzie się rozejrzeć. Wspina się na wysoki pagórek i natychmiast po wejściu na szczyt odwraca się i pędzi biegiem do auta. Nie wiem co się dzieje.

Jacek biegł – jak się okazało - po aparat fotograficzny. Podobno widok z tej niepozornej górki jest zachwycający. Biegnę i ja. No i widzę, to co już zawsze będę mogła zobaczyć pod powiekami, kiedy tylko zechcę.

Przed nami widać głęboką dolinkę a za nią – górujące ponad drzewami potężne, pionowe ściany wąwozu. Turda. Ściany wąwozu zachodzą na siebie i widzimy kopertę białych skał oświetlonych przez zachodzące słońce. Głęboki, aksamitny melanż kolorów nieba - mieszają się czerwienie, fiolety, oranże, żółcie, granat i błękit. A za nami ciemna już, szeroko otwarta panorama równiny, poznaczona światłami wiosek i miasteczek. Jest pięknie.

A potem zjechaliśmy wertepiastą, rozjechaną, gruntową, górską niemal drogą do doliny, gdzie ludzie porozkładali obozy. Namiot rozbiliśmy w świetle samochodowych reflektorów. Zaległam na karimacie przed namiotem, bo nie mogłam oderwać oczu od gwieździstego nieba – miliony milionów gwiazd drogi mlecznej. Wokół paliły się ogniska i grało rumuńskie manele.


A następnego dnia przeszliśmy wąwóz, wróciliśmy górą i zjedliśmy najlepsze mici w kosmosie. Co to jest mici, postaram się wkrótce napisać.




Płaskowyż Padis

Rumunia, Padis, sierpień 2006 i 2009

Jacek powiedział - nie być na Padis to tak, jakby nie być w Apuseni. OK. W takim razie trzeba tam jakoś dotrzeć. Płaskowyż rozciąga się na wysokości 1100-1400 m. Do schroniska Padis prowadzi kręta, stroma, gruntowa droga. Raczej dla ciężarówek i traktorów. Osobowym też można ale nasza Honda ma bardzo niskie zawieszenie i tam nie wjedzie. Nie ma szans.

Tak więc postanawiamy dojechać do Pietroasy, zostawić autko u kogoś na podwórku i spróbować złapać stopa na Padis.

Dojeżdżamy na miejsce. Drogę znamy z mapy - więc przez chwilę, kiedy widzimy w Pietroasie asfaltówkę świta nam nadzieja, że mapa jest przestarzała. Nadzieja szybko gaśnie, bo za skrzyżowaniem zaczyna się regularna gruntówka rozjechana przez ciężarówki. No nic. Szukamy kogoś, kto by nam przenocował autko.  Pomaga nam w tym pół wsi. Zostawiamy samochód, zabieramy plecaki i idziemy łapać stopa.

Mamy szczęście! Zabiera nas pierwsza ciężarówa, na którą zamachaliśmy. Prowadzimy z panem kierowcą miłą rozmowę po rumuńsku. Idzie nam tak sobie ale wszyscy są zadowoleni. Jedziemy sobie wygodnie. Miękkie fotele, ożywczy wiatr przez otwarte okno, piękne widoki. Droga prowadzi wąwozem, tuż przy rwącym, górskim potoku. Drzewa dają wspaniały cień. Przejeżdżamy jakieś 4 km i to jest niestety koniec naszej wspólnej drogi. Człowiek skręca do jakiejś fabryki czy kopalni. Auta jeżdżą rzadko. Postanawiamy zatem nie czekać przy drodze, tylko łapać stopa w marszu. I tak właśnie przeszliśmy całą drogę do Padis. Osiem godzin marszu z plecakami, wciąż pod górę, w ponad 30-stopniowym upale. Gorąco, duszno, bardzo ciężko. Ale gdyby to był jedyny sposób, żeby dostać się na Padis, to dziś poszłabym jeszcze raz.*

Po godzinach naprawdę wyczerpującej drogi weszliśmy w krajobraz bajkowy, zachwycająco piękny. Niesamowita zieleń łagodnych pagórków - jak pokryte szmaragdowym aksamitem poduszeczki. Przed nami były jeszcze jakieś dwie godziny marszu do schroniska, wody, jedzenia i pola namiotowego. Na ostatnim kilometrze udało nam się jeszcze złapać stopa. Dojechaliśmy z dostawą świeżutkiego, pachnącego chleba.



Znaleźliśmy sobie cudny kawałek łąki do rozbicia namiotu, zjedliśmy ciorbę. Potem prysznic za 10 RON (rozbój w biały dzień) w specjalnie przystosowanym baraczku i spać. A rankiem czekało nas śniadanie składające się z kawy i przepysznych drożdżowych racuchów z dżemem, smażonych przez babulinkę mieszkającą w barakowozie i donoszonych na tacy przykrytej białą ściereczkę a potem wyprawa do najpiękniejszych krasowych cudów Rumunii.

*Trzy lata później dojechaliśmy na Padis własnym autem i zdecydowanie lepszą drogą. Drogi na Padis są robione sukcesywnie. W 2009 r. kładziono nowa nawierzchnię na drodze z Kluża. Teraz pewnie na Padis można dojechać po gładkim asfalcie. Trochę szkoda.

A oto Padis. Cuda. Cuda. Cuda.

Te małe "zapałeczki" to pnie drzew.

Jedziemy sobie a słońce świeci złoto.

Rumunia, sierpień 2006
  

Jest upalne, rumuńskie popołudnie. Słońce świeci ciepłym, stłumionym, miękkim światłem a cienie są coraz dłuższe. Jesteśmy zanurzeni w letnim skwarze i jest to przyjemne. Jedziemy autem. Otwarte okna. Wieje cudowny, ożywczy wiatr. Przed nami prosta, wąska, asfaltowa droga. Wokół ciągną się kilometry nieurodzajnych, pozarastanych gdzieniegdzie sitowiem pastwisk. Na rozstajach malowane krzyże.


W oddali, na horyzoncie oświetlone złotym słońcem łagodne grzbiety Gór Zachodniorumuńskich. I tak sobie jedziemy. Gra Dead Can Dance.

Apuseni

Rumunia, sierpień 2006
Cudowne góry, w które mieliśmy nie jechać ale intuicyjnie się zaparłam i pojechaliśmy. Jeśli przyjąć, że pas Karpat wygląda na mapie, jak wielki nos, to Apuseni prezentują się jako dziurka w nosie. Pokochałam te górki najbardziej ze wszystkiego w Rumunii. Miejsce do którego chcę wracać. To tam właśnie wioski są przyjazne, staruszki w czarnych strojach przechadzają się przed domami i przystają na pogaduszki z sasiadem czy sasiadką. Przy drogach rosną krzywe drzewka śliwy - na marmoladę, na ţuică de prune, dla cienia. Do ciorby dają tyle chleba ile chcesz i nie liczą za niego dodatkowych bani a kwaśna śmietana prosto od krowy jest już wliczona w cenę.


Apuseni - wioski, miasteczka, drogi i pastwiska. Przede wszystkim pastwiska. Wielkie połacie nieurodzajnej ziemi - pas trawy, pas sitowia, pas trawy, pas sitowia. I tak aż do horyzontu zamkniętego panoramą gór. Stada i pasterze. Bydło z bawolimi, szerokimi rogami.


Rzeki płynące na nieznane u nas sposoby. Nasze rzeki wkomponowane są w krajobraz - płyną sobie porządnie wyżłobionymi korytami, nad którymi rosną olchy, wierzby. Tutaj rzeczki są jakby w trakcie tworzenia dopiero. Płaskie pastwisko a środkiem płynie rzeka - jej koryto to na chybcika wyżłobiony nieskładny rów z oberwanymi brzegami. Żadnych drzew, zarośli, łagodnego spadku. Po prostu nagle widzimy - o rzeka.

Ciorba z kwaśną śmietaną

Rumunia, sierpień 2006
Świetne mięsne i warzywne zupy. Dość gęste, doprawiane na talerzu według woli - śmietaną, octem, oliwą, pieprzem, solą. Do tego chleb. I świeże ostre papryczki. Taka zupa kosztuje od 5 do 12 lei i swobodnie, jeśli je się ją z chlebem, może wystarczyć za główny posiłek dnia. Ciorba legume, taraneska, perisoara, de burta (flaki), a la Greck, de Pui. Dużo rodzajow nie zawsze wszystkie dostępne ale zawsze jest jedna ciorba z wołowiną, jedna z wieprzowiną i flaki. Flaki są ze śmietaną i okrutną (sic!) ilością czosnku. Im bliżej Rumunii do Europy tym do ciorby dają mniej dodatków a za śmietanę trzeba dodatkowo płacić. Znak czasów. Jeśli ktoś ma ochotę na prawdziwie rumuńską ciorbę - służę autorskim przepisem.

Najpyszniejsza ciorba jaką jadłam. 
Kupiona w barze na Padis po kilkunastu godzinach wspinaczki na płaskowyż,
w ponad 30-stopniowym upale, z plecakami. Żadna ciorba nie będzie pyszniejsza :)

Daleko - aproape, blisko - aproape

Rumunia, sierpień 2006

Stosunek Rumunów do odległości najlepiej oddany jest chyba w mini słowniczku polsko-rumuńskim na końcu przewodnika "Rumunia. Mozaika w żywych kolorach". Daleko - aproape, blisko - aproape. W końcu co to za różnica.

Według tabliczki informacyjnej gdzieś w Górach Kelimeńskich wybrana przez nas trasa przewidziana jest na 3 ore (godziny). Idziemy 6 godzin a do celu jeszcze daleko. Odległość do jaskini - 10 km, za 200 m kolejna tabliczka - do jaskini 7 km. A co! Szczęśliwi czasu ani drogi nie liczą.

Psy

Rumunia, sierpień 2006
Stada bezdomnych psów. Rumuni chyba się do tego przyzwyczaili, bo nie zwracają na nie uwagi. Psy są na ogół spokojne i nieagresywne. Boją się gwałtownych ruchów - kulą ogony i cofają się bojaźliwie. Pocieszające jest to, że te które widziałam nie były zagłodzone. Wydawały się być w całkiem niezłej kondycji. Zastanawiam się - co lepsze - stadko swobodnie biegających psów czy klatki w schronisku. Dla ludzi pewnie to drugie.

W Târgu Mureş spotkaliśmy stadko składające się pięciu psich agregatów. Psy szły sobie gęsiego, niemalże trzymając się za ogony. Miny miały zawadiackie. Na kempingu w Beile 1 Mai było czworo rezydentów. Trzy nieduże psy przypominające owczarki niemieckie i jedna sunia - kremowa, z wielkimi brązowymi oczami i cyckami wyciągniętymi do ziemi. Sunia w typie tych, co to płochliwie siadają przed Tobą, patrzą Ci w oczy i trzymają w górze, jedną, cieniutką, drżącą łapkę. Psy - te trzy wilkopodobne - nie były głodne, chlebem gardziły i wyjadały tylko co lepsze kąski. Sunia podeszła do jedzenia dopiero, kiedy tamte nie były już nim zainteresowana. Zjadła chleb przesiąknięty olejem, chleb z masłem, bo już nic lepszego nie zostało. Następnego dnia wylizała miskę z bograczem do ostatniego warzywka.

Oddzielna grupa to psy pasterskie. Szare, białe, czarne, łaciate. O wyglądzie obwiesia, skołtunione. Niepodobne do naszych owczarków. Patrzą spode łba, szczerzą zęby. Psy Baskervill'ów. Idziemy górską ścieżką, słońce już nisko nad horyzontem. Słyszymy dość blisko dzwonki owiec. Wiemy już, że zaraz wyjdą na naszą ścieżkę. A tuż przed nimi wyjdą psy. Przed nami z krzaków wyłania się biała wścieklizna na ugiętych łapach, z wlepionymi w nas oczami, warcząca. Za chwilę z boku wyłania się drugi, trzeci i czwarty. Podchodzą bardzo blisko i otaczają nas. Coraz bliżej. Ciarki na plecach. Mamy gaz pieprzowy ale to za mało na takie stado. W rękach kije, którymi się podpieraliśmy podczas drogi. Zaczynamy stukać nimi w ziemię. Psy odrobinę się cofają. Owcze stado wylewa się z lasu na naszą drogę. Wychodzi w końcu pasterz. Widzi nas, odwołuje psy. Biegną do swoich obowiązków. Wymieniamy kilka zdań  i w języku migowym i idziemy dalej. Ja na miękkich nogach.

Spaliśmy

Rumunia, sierpień 2006

Latem, w Rumunii można właściwie nocować za darmo. A jeśli ktoś jest twardy i pogoda mu nie przeszkadza - to przez cały rok. Jeśli tylko masz namiot, to możesz rozbić go w dowolnym miejscu. W miastach pewnie nie jest to możliwe ale my podróżujemy po prowincji. Zwykle korzystamy z miejsc, w których już ktoś biwakuje. Zwykle znajdujemy miejsce noclegu już po zachodzie słońca i rozbijamy namiot po ciemku. Szkoda na to dnia. Zwykle czujemy się w takich miejscach bardzo bezpiecznie. Czasem tylko zdarzają się  niespodzianki. Jak wtedy, gdy rozbiliśmy namiot na pastwisku i rano odwiedziło nas stado koni a jeden z nich zjadł nam wycieraczkę.


Większość nocy spaliśmy w namiocie. Czasem na polach płatnych a czasem na dzikich. Dwie noce spędziliśmy na kwaterze przy prywatnym muzeum etnograficznym w Chiscau, jedną w przydrożnym hotelu w Arieseni (różowy sufit z wymalowanymi gwiazdami) i jedna w domku kampingowym pod Klużem. Najcudniej spało się pod namiotem - na Padis i w wąwozie Turda. W Stina de Vale przemarzliśmy do szpiku kości ale za to prosto z prowizorycznego kranu mogliśmy pić wodę mineralną sprzedawaną w całym kraju.

Wspaniale jest powylegiwać się przed namiotem, gapić się na gwiazdy, słuchać świerszczy. A rano od razu wychodzi się na wiatr i słońce, wokół zieleń, wszyscy przygotowują śniadania, kawę. Lubię tę atmosferę. Dobrze mi bardzo było też w Chiscau - śniadanka na werandzie z widokiem na tamtejsze sadki, wielgachne snopy siana, letnią kuchnię.

Jedna uwaga - jeśli bardzo zależy Ci na ciszy w nocy - nie nocuj pod namiotem i w towarzystwie Rumunów. Na biwaku słucha się przecież manele - rumuńskiego disco. Można to polubić.

Menu

Rumunia, sierpień 2006
W większości barów i knajpek, w których prosiliśmy o menu, menu nie było. Pytanie o menu (a właściwie "meniu") było kwitowane czasem takim zdziwieniem, że do dziś zastanawiam się, czy czasem nie wchodziliśmy na prywatne podwórka, na których biesiadowała rodzina i znajomi. Tak czy siak, coś do jedzenia zawsze dostaliśmy. Prosiliśmy zwykle o ciorbę, kotlet, kartofel, salat rosi szi varze. Prawie po polsku. Ta "varze" to kapusta. Prawda, że łatwo? A jeśli meniu było, to sytuacja właściwie się nie zmieniała. W restauracjach szczycących się posiadaniem menu, było ono swobodną prognozą, co też ewentualnie, w dowolnym horyzoncie czasowym mogłoby być dostępne. Ze stu wymienionych w menu potraw można było zamówić cztery czy pięć.

Palinka

Rumunia, sierpień 2006 

 

Upał, słońce, lekki wietrzyk, nagrzany popękany asfalt. Jesteśmy w moim ukochanym Chiscau i idziemy do Pestera Ursilor (Jaskinia Niedźwiedzia). Kupujemy klacita cu gem czyli naleśniki z marmoladą - z tutejszych śliwek. Pycha. Na straganach - racuchy,  ser i ...

Rumuński bimber dla niepoznaki nazywany domową brandy. Sprzedawany chyba całkiem legalnie ze stoliczków stawianych przed domami czy turystycznymi atrakcjami. Palinkę przechowywana jest w plastikowych butelkach po coli, mirindzie i frutti fresh. Nie próbowaliśmy. Nie wiemy jakie są efekty jej spożywania.

--- Uzupełnienie po wizycie w Rumunii w 2007 roku. ---
Próbowaliśmy. Paskudny trunek.

Rumunia

Rumunia, sierpień 2006 
Pierwszy rzut oka na mapę uzmysławia, że coś z tym krajem jest nie tak. Inne obudowały się granicami opartymi na naturalnych barierach - górach, morzu. Rumunia za to w samym środku ma wysokie góry a jej granice leżą na zielonych równinach.

Przed i zakarpacie. Kraj przedzielony w samym środku i w tym podzieleniu różnorodny i bogaty kulturowo. Zamieszkany przez Rumunów, Węgrów, Sasów, Polaków, Szeklerów, górali Moci, kilkanaście grup Cyganów, a mieszkańcy budują kościoły wszelkich wyznań chrześcijańskich. Czasem nad kilkudziesięcioma domami osady górują trzy wieze kościelne, każdą wieńczy inny symbol.

Kraj biedny i obecnie na uboczu Europy, w którym pierwsza lepsza wioska może się poszczycić XV wiecznym kościołem czy zamkiem a niektóre miasta i miasteczka mają świetnie zachowaną średniowieczną zabudowę, w której toczy się normalne, współczesne życie. Cuda natury - gigantyczne portale, płaskowyże, góry, rzeki, piękne jaskinie, imponujące wąwozy, rzeki znikające pod ziemią i wypływające nagle ze skały po kilkunastu kilometrach podziemnego biegu. Doskonała kuchnia. Przepyszne arbuzy i pomidory.

Łatwo było nam zakochać się w Rumunii. Już planujemy nową podróż. Przed nami Maramuresz i Bukowina, do których nie zdążyliśmy dotrzeć. Kiedy ktoś pytał, gdzie jedziemy na wakacje i mówiliśmy, że do Rumunii, rozmówca chwilę milczał a potem zaczynał się dziwić i martwić o nas. W Polsce Rumunia ma kiepskie notowania. Ale jest inna niż nam się tutaj zdaje.

Sarmale

Rumunia, sierpień 2006
 
Znikający cel naszej wyprawy. Maleńkie, nadziewane różnymi gatunkami mięs a nawet - na naddunajskich terenach - rybą. Podawane z mamałygą i polane śmietaną. Zawijane w listki kiszonej kapusty lub winogron. Lokalny przysmak - gołąbki a właściwie gołąbeczki. Według przewodnika tradycyjne rumuńskie danie i narodowa duma.

O sarmalach marzyliśmy już w trakcie planowania podróży. I mało brakowało a nie spróbowalibyśmy ich wcale. Szukaliśmy ich w każdej knajpce, barze i restauracji przez 12 dni podróży. Wystąpiły w menu tylko jednej restauracji i to jako sarmale probabilistyczne, przyszłościowe, dotychczas niedostępne lecz możliwe w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Trzeba uważnie przyglądać się marzeniom, bo czasem los może zmusić do ich realizacji. Zrządzenie losu właśnie kazało nam się udać w nocną podróż. Dziwną, niewygodną, nieprzewidywaną, męczącą; sen przeplatał się z rzeczywistością. Droga zaprowadziła nas do obrzydliwego domku kempingowego pod Klużem. Domek był brudny, zniszczony, z dziurawymi ścianami. Myszy biegały po podłodze i śpiworach, pająki przyglądały się nam uczepione pędów winorośli, która poprzerastała spróchniałe deski.

A potem, wczesnym rankiem - do Kluża. Do którego przecież wcaleśmy się nie wybierali a nawet świadomie i pewnie wykreśliliśmy go z naszej mapy podróży. A w Klużu trafiliśmy w końcu na sarmale.  

Cudowne, delikatne, rozpływające się w ustach. Nie wiemy, czemu autorzy przewodnika uznali je za powszechnie dostępne danie. Znajoma Rumunka powiedziała nam, że tak - danie jest tradycyjne ale zwykle gotuje się je w domu. Gdyby ktoś nabrał jednak ochoty na sarmale, to w Rumunii jest takie jedno miejsce, gdzie można je zjeść - w Klużu u Hubertusa.
~