Cabana Podragu

Rumunia, Fogarasze, lipiec 2011

Piętrowy kamienny budynek z kamiennym tarasem. Trzy sale do spania - dla około 50 osób. Jedna z sal jest mniejsza - na około 10 osób ale za to ma połączone łóżka. Trzeba spać policzek w policzek z innymi gośćmi.

Cabana Podragu
Cabana Podragu nieco bliżej
jeszcze bliżej...
naprawdę blisko

 i już na miejscu.
Schronisko Podragu - dormitoriumStare, odrapane, piętrowe prycze bez drabinek. Na górne piętro trzeba po głowach tych, co śpią na parterze. Nigdy nie prane, obleśne koce. Drewniana, dziurawa podłoga. Śmierdzący kibel na lotnika. Prysznica nie ma. W kranie nad obtłuczoną umywalką tylko lodowata, górska woda.

Zajmuję luksusowe miejsce na dolnej pryczy, przy oknie. Jacek bierze górę. Pod przeciwległą ścianą, obok, na wyciągnięcie ręki leży jakiś anglojęzyczny i czyta Pratchetta. Pod pryczą stoją uwalane błotem buty. Salomony. O - takie same jak moje.

Schronisko Podragu - wcWspólna sala. Duże okna całkiem zaparowane, bo na zewnątrz zmrok i mróz. A tutaj ciepło, tłocznie i głośno. Wielojęzyczny tumult. Piwo, cola około 15 RON. Miska szarej brei z soczewicy i ryżu 25 RON. Równo o 10 we wspólnej sali gaśnie światło. Taki jest regulamin ustalony przez...

Królową! Właścicielkę! Imperatorową tego całego interesu. 

Postawna kobieta, w rozciągniętym dresie i z wypiętą piersią. Ach - ta postawa, ta siła, to bezsprzeczne poczucie władzy, opanowania sytuacji, omnipotencji. Wydaje polecenia i odpowiada na pytania - po rumuńsku, angielsku i niemiecku. Pali papierosa, nogę wspiera na kamiennym murku i dumnie ogarnia wzrokiem swoje włości. Żadnego sprzeciwu, dyskusji, czy choćby maleńkiego pola do negocjacji. Będzie tak, jak Ona chce, bo okoliczny świat należy do niej.

A ona wie,  że mimo brudnego kibla, pryczy, zakurzonych koców, brei w metalowych miskach i braku prysznica warto tam być.



Jedziemy sobie a słońce świeci złoto.

Rumunia, sierpień 2006
  

Jest upalne, rumuńskie popołudnie. Słońce świeci ciepłym, stłumionym, miękkim światłem a cienie są coraz dłuższe. Jesteśmy zanurzeni w letnim skwarze i jest to przyjemne. Jedziemy autem. Otwarte okna. Wieje cudowny, ożywczy wiatr. Przed nami prosta, wąska, asfaltowa droga. Wokół ciągną się kilometry nieurodzajnych, pozarastanych gdzieniegdzie sitowiem pastwisk. Na rozstajach malowane krzyże.


W oddali, na horyzoncie oświetlone złotym słońcem łagodne grzbiety Gór Zachodniorumuńskich. I tak sobie jedziemy. Gra Dead Can Dance.

Dwunastu Apostołów i Godzilla

Rumunia, wrzesień 2007 
W Góry Kelimeńskie przyjeżdżamy w lekkim deszczu. Powietrze wilgotne, nieprzejrzyste. Nad głową kotłują się sine, ciężkie chmury. Pusto. Nie ma ludzi, nie ma zabudowań. Szukamy szlaku, który ma nas wyprowadzić do rezerwatu z grupą niesamowitych podobno formacji skalnych.

Rezerwat Dwunastu Apostołów (Doisprezece Apostoli) polecili nam Anderea i Franek, których spotkaliśmy w Domu Polskim w Kaczyce. Mamy się jednak nie spodziewać, że skały są podobne do czegokolwiek. No - może trochę do Godzilli. Koncepcja kamiennej Godzilli zachęca nas do poszukiwań.



Tak więc jesteśmy. Jest mokro i ponuro. Szlaku nie ma. Domyślamy się, że oznaczenia były gdzieś na wyciętej połaci lasu. Po zwózce zostały połamane gałęzie, kora i pojedyncze, pozostawione pnie.  Po godzinie wspinaczki po wyślizganych błotnistych, urwistych drogach spotykamy pasterza. Wskazuje nam szlak. Wspinaliśmy się na niewłaściwą górę. Trzeba zejść do dolinki dzielącej dwa grzbiety i wejść ponownie. Po dwóch godzinach udaje nam się w końcu znaleźć szlak. Cicho, zielono, bezludnie. Długa droga.

Te skały rzeczywiście bardziej przypominają Godzillę. Nie wiem skąd nazwa "Dwunastu Apostołów". Tak to już zostanie w naszej pamięci.

W drodze powrotnej między chmurami pojawia się słońce. Robi się ciepło, świetliście i przyjemnie. Nagroda za godziny marszu pod burzowymi chmurami.


Apuseni

Rumunia, sierpień 2006
Cudowne góry, w które mieliśmy nie jechać ale intuicyjnie się zaparłam i pojechaliśmy. Jeśli przyjąć, że pas Karpat wygląda na mapie, jak wielki nos, to Apuseni prezentują się jako dziurka w nosie. Pokochałam te górki najbardziej ze wszystkiego w Rumunii. Miejsce do którego chcę wracać. To tam właśnie wioski są przyjazne, staruszki w czarnych strojach przechadzają się przed domami i przystają na pogaduszki z sasiadem czy sasiadką. Przy drogach rosną krzywe drzewka śliwy - na marmoladę, na ţuică de prune, dla cienia. Do ciorby dają tyle chleba ile chcesz i nie liczą za niego dodatkowych bani a kwaśna śmietana prosto od krowy jest już wliczona w cenę.


Apuseni - wioski, miasteczka, drogi i pastwiska. Przede wszystkim pastwiska. Wielkie połacie nieurodzajnej ziemi - pas trawy, pas sitowia, pas trawy, pas sitowia. I tak aż do horyzontu zamkniętego panoramą gór. Stada i pasterze. Bydło z bawolimi, szerokimi rogami.


Rzeki płynące na nieznane u nas sposoby. Nasze rzeki wkomponowane są w krajobraz - płyną sobie porządnie wyżłobionymi korytami, nad którymi rosną olchy, wierzby. Tutaj rzeczki są jakby w trakcie tworzenia dopiero. Płaskie pastwisko a środkiem płynie rzeka - jej koryto to na chybcika wyżłobiony nieskładny rów z oberwanymi brzegami. Żadnych drzew, zarośli, łagodnego spadku. Po prostu nagle widzimy - o rzeka.

Ми тепер друзі

Przed nami Husne. Docieramy do wsi. Trafiamy do magazinu. Udaje nam się dogadać w sprawie podwózki, co nie jest prostą sprawą, bo samochód ma tu chyba tylko jeden człowiek i na dodatek jest troszkę zawiany. Ale nie mamy wyboru. Organizacja transportu zajmuje około godziny, do tego targowanie ceny. Cały ten czas spędzamy w sklepiku. Jest sucho, ciepło, przytulnie i mrocznie. Stara, wydeptana podłoga, ławki z drewnianych desek, stół przykryty ceratą.

Każą nam się rozsiąść na ławkach, odpocząć. Do sklepu schodzą się babuszki, dzieci, mężczyźni i kobiety w chustach i ze złotymi zębami. Stajemy się chwilową atrakcją. A skąd jesteśmy, a gdzie byliśmy, a po co tu zeszliśmy. Jest miło. Uczestniczymy biernie w politycznej dyskusji, która rozpętała się w sklepie - "Mówili Juszczenko, Juszczenko, Juszczenko i co? I tak samo jak było albo i gorzej. A ta jego Julka wcale nie lepsza. Janukowycz to chociaż coś dał. A teraz to jak - kto miał to ma, a ten co nie miał to dalej nie ma."

No - w końcu jedziemy. Dowozi nas powoli ale bezpiecznie do Biłaszowic. Jesteśmy przemoknięci i przemarznięci. Woda kapie nam z nosów i nieprzemakalnych kurtek. Gospodarze, u których zostawiliśmy samochód pozwalają nam przebrać się u nich w izbie. Zmieniamy ubrania - dobrze, że zostawiliśmy jakieś ciuchy w samochodzie, bo to co mam w plecaku jest całkowicie mokre. Gospodyni patrzy na nas litościwie i proponuje herbatę. Korzystamy chętnie. Za chwilę na stole jest nie tylko herbata w eleganckich, gościnnych chyba filiżankach ale także chleb, masło, domowy żółty ser. Gospodarz wyciąga wódkę i chce nas częstować ale grzeczne odmawiamy. "U was nie piją?" - pyta. "Piją ale my raczej nie. Dziękujemy." Nie naciska i nie obraża się. Zjadamy ze smakiem poczęstunek, wypijamy herbatę z ciemnym cukrem. Rozmawiamy - o naszej wycieczce, o burzy, o weselu o którym mówił nam wcześniej kierownik turbazy (200 osób! - zaproszona cała wieś a nasi gospodarze zaraz idą na poprawiny). Gospodyni wyciąga wielką kulę białego sera i daje nam w prezencie. Żegnamy się. "Jak przyjedziecie znowu, to już wiecie, że u nas można zostawić samochód. My już teraz jesteśmy znajomi." Machamy na pożegnanie. Jeszcze wrócimy. W końcu trzeba zrobić zdjęcia i zobaczyć te słynne panoramy.

Najdalej jak się da

Tatry Zachodnie, marzec 2010
 
Pogoda trudna do przewidzenia, bo od rana zbierają się chmury. Planujemy wejście na Trzydniowiański, a jak się uda - to na Czubik, a jak się uda - to na Kończysty Wierch, a jak się uda - to na Starorobociański. Po wczorajszym szaleństwie jestem jeszcze zmęczona. Zmęczenie minie jednak szybko. Idziemy szlakiem zaczynającym się tuż obok schroniska.

Znowu wspaniała cisza. Krajobraz czysty, śnieg porządkuje wszystkie linie. Świat uproszczony do ciemnych plam na białym tle. Jak japońska grafika. Jak Ensō. (Obok: Kaligrafia Kanjuro Shibata XX "Ensō". Z prywatnej kolekcji Jordana Langelier'a. Za Wiki.)

Za mostkiem szlak niknie. Zapadamy się w zaspach. Mylą nas ślady nart. Narciarz bezpiecznie przejedzie po zasypanej kosówce. Pieszy zapadnie się w śnieg. Przedzieramy się przez śnieżne zaspy polany, mijamy niewielki żleb. Idziemy przez las. Na skraju lasu czeka nas śnieżne pole otoczone ze wszystkich stron stromymi stokami. Zalega tu mnóstwo śniegu a zbocza na mapie oznaczono jako lawiniaste. Niepokoi mnie to ale postanawiamy iść dalej. Zapadam się w śnieżysko po pachy. Trudno się wydostać. Śnieg trzyma jak beton. Tracimy siły na mocowanie się z zaspami. Podchodzimy powoli, choć chcielibyśmy wydostać się jak najszybciej ze żlebu. 

W końcu wychodzimy na grań. Wieje dość mocno. Wiatr podnosi tumany śniegu, które zasypują natychmiast nasze ślady i tańczą po stoku. Pięknie. Przepięknie. Warto było. Trzydniowiański. Czubik. Siłujemy się z wiatrem podchodząc na Kończysty Wierch. Dalej już nie pójdziemy. Słońce zachodzi i trzeba szybko wracać. Noc łapie nas jeszcze w lesie ale zmrożony nocnym chłodem śnieg ułatwia marsz a droga jest już prosta.


 

Burza i mgła


Rozbijamy namiot na ścieżce trawersującej Ostry Wierch. Kiedy tylko wchodzimy do namiotu zaczyna lać. Z oddali słychać grzmoty i przez ścianki namiotu widać jak rozświetla się niebo od błyskawic. Mamy nadzieję, że burza przejdzie bokiem. Krązy. I w końcu nadchodzi. Grom uderza gdzieś blisko, od huku drży ziemia. Grzmot przewala się przez góry. Jest naprawdę strasznie. Pierwszy raz w życiu drżę ze strachu. Każdą błyskawica cieszy mnie, bo skoro ją widzę, to znaczy, ze w nas nie trafiła. Grzmoty wydają sie być straszniejsze ale wiem, że one nie są groźne. Całe szczęście burza oddala się dość szybko. Całą noc jednak mocno pada, wiatr łopocze materią namiotu.

Trudno jest usnąć. Burza gdzieś tam jeszcze krąży. Przez całą noc zjeżdżam w dół po karimacie. Pod plecami czuję nierówności - tam gdzie były kępy traw. Śpię, a właściwie przysypiam w sumie może ze dwie godziny. Tylko Ania wysypia się w miarę - nie ma to jednak jak pompowana mata pod plecami. Prawdziwy luksus. Wstajemy około 8 rano. Noc była ciężka, jesteśmy zmęczeni ale i tak cieszymy się, że tu jesteśmy.


Mokry namiot, trochę mokre śpiwory. Ani puchowy zamókł od ścianki namiotu, na mój nakapało z sufitu, bo zostawiliśmy otwarte wywietrzniki. Poranne zbieranie się zajmuje nam dużo czasu.  Mija nas grupa sześciu czy siedmiu ludzi z Polski. Nocowali niedaleko. Burza też dała im popalić.


Niestety nadal pada. Mgła jest jeszcze gęstsza. Postanawiamy zejść do Libuchory. Nie ma sensu wracać grzbietem w tej zupie. I tak nic nie widać. We mgle gubimy drogę. Znowu trzeba wracać. Jakimś dziwnym sposobem zamiast do Libuchory trafiamy do Husnego. W sumie lepiej, bo bliżej do Biłaszowic.


A po drodze mamy jak w piosence:  
"woda schodzi z gór ścieżkami,
wiatr gałęziom strąca krople,
szumi woda pod butami,
wszystko jest zupełnie mokre"

Pikuj we mgle



Rano wracamy ścieżką, którą tu dotarliśmy wczorajszego wieczora i odnajdujemy szlak. Uzupełniamy zapas wody. Robię sobie małą kąpiel w potoku. Super! Idziemy w górę. Mamy do pokonania jeszcze około 400 m w pionie. Najpierw las. Przepiękny - klonowo-buczynowy - w najpiękniejszych jesiennych kolorach. Trochę drzew iglastych. Mozaika nasyconej żółci, wszelkich odcieni czerwieni i brązu i mocnej zieleni.

Niestety to były ostatnie słoneczne chwile. Zaczyna się mgła. Ta mgła nie opuści nas już do końca. Stopniowo pogoda będzie się pogarszać.


Zdobywamy Pikuja! Zaskakująco szybko osiągnęliśmy cel naszej wyprawy. Niestety nie widzimy nic oprócz samego szczytu. Widoczność ograniczona jest do kilku metrów. Nie ma ani panoramy Gorganów, ani Połoniny Równej ani Borżawy ani Halicza ani polskich połonin. Nie widać nic. Opowiadamy sobie tylko, co jest tam - za tą mgłą. Humory pomimo to nam dopisują. Zjadamy jabłka, pijemy herbatę i idziemy dalej. Planujemy iść w stronę Starostyny i w zależności od pogody wrócić tym samym szlakiem albo zejść do Libuchory i załatwić podwózkę do Biłaszowic. Po drodze objadamy się jagodami i borówkami, których jest mnóstwo.Otaczają nas złocisto-czerwone jagodowe pola.



Docieramy do Ostrego Wierchu i postanawiamy tu zanocować. Ma być tu gdzieś źródło i ruiny schroniska. Nie udaje nam się znaleźć jednak wody. Dobrze, że mamy zapas. Wszędzie jest duży spadek. Jedynym w miarę równym miejscem jest sama ścieżka. Na niej rozbijamy namiot. W miarę równo jest tylko pod plecami. Pod nogami mamy spadek w dół. Kolacja, ognisko. I kładziemy się spać. Kiedy tylko wchodzimy do namiotu zaczyna lać.


Poza szlakiem

Szlak oznaczony jest zaskakująco dobrze ale to nie oznacza, że dobrze. W porównaniu ze szlakami rumuńskimi jest świetny. Na rozwidleniu nie dostrzegamy oznaczenia, szlak skręca w lewo i idzie wzdłuż rzeki, my idziemy ścieżką mocno w górę i na prawo. Idziemy w złym kierunku. Gór niestety nie widać, bo zasłaniają je chmury. Nasza ścieżka kończy się buczynowymi zaroślami. Za godzinę będzie już ciemno. Postanawamy wrócić na obszerną polanę, którą minęliśmy wcześniej i tam zanocować.

  Poranny widok z namiotu
Jacek rozbija namiot, ja i Ania zbieramy drewno na ognisko. Jest niestety bardzo mokro i nie ma pewości, że uda się rozpalić ogień. Zjadamy kolację, pijemy herbatkę. Wesoło nam ale coraz zimniej. Kiedy zaczynają mi szczękać zęby, idę do namiotu. Jacek jeszcze walczy z ogniskiem i w końcu udaje mu się je rozpalić. Ja już nie znajduję motywacji, żeby wyjść z ciepłego śpiwora. Wyglądam jeszcze tylko, żeby popatrzeć na niebo. Wiatr rozwiał chmury. Widać drogę mleczną. Jest pięknie! Pokrzepieni nadzieją na dobrą pogodę zasypiamy spokojnie i śpimy dłuuugo.

Na Pikuj

Wahamy się czy startować z Libuchory czy z Biłaszowic. Ostatecznie trafiamy do Biłaszowic. Podjeżdżamy pod turbazę. Chcemy tu zostawić auto. Rozmawiamy z kierownikiem domu turystycznego, który odradza nam zostawienie samochodu na terenie turbazy, ponieważ w sobotę będzie tu swadzba - znaczy wesele i nikt auta nie będzie pilnować. A w ogóle - to gdzie my będziemy spać - pyta nas. Kiedy mówimy, że w pałatce, na połoninie - patrzy na nas z niedowierzaniem i ostrzega - "przemarzniecie". Dzwoni po wsi, żeby załatwić nam miejsce do parkowania u któregoś z mieszkańców. Ostatecznie zostawiamy samochód na podwórku tuż obok turbazy. Trzeba zapłacić i to niemało - 100 chrywien i gospodarze wydają się gburowaci. Nic to - nie musimy się lubić.

Zabieramy rzeczy i ruszamy w górę. Dziwnie wyglądamy w naszych górskich ciuchach, z plecakami. Jesteśmy jakoś wyrwani z kontekstu a tutejsi patrzą na nas jak na dziwolągi. Tylko dzieci pozdrawiają nas wesoło "Dobry den". Pogoda kiepska - niebo całkiem zachmurzone ale nie pada, nie ma mgły i jest dość ciepło.


Psy

Rumunia, sierpień 2006
Stada bezdomnych psów. Rumuni chyba się do tego przyzwyczaili, bo nie zwracają na nie uwagi. Psy są na ogół spokojne i nieagresywne. Boją się gwałtownych ruchów - kulą ogony i cofają się bojaźliwie. Pocieszające jest to, że te które widziałam nie były zagłodzone. Wydawały się być w całkiem niezłej kondycji. Zastanawiam się - co lepsze - stadko swobodnie biegających psów czy klatki w schronisku. Dla ludzi pewnie to drugie.

W Târgu Mureş spotkaliśmy stadko składające się pięciu psich agregatów. Psy szły sobie gęsiego, niemalże trzymając się za ogony. Miny miały zawadiackie. Na kempingu w Beile 1 Mai było czworo rezydentów. Trzy nieduże psy przypominające owczarki niemieckie i jedna sunia - kremowa, z wielkimi brązowymi oczami i cyckami wyciągniętymi do ziemi. Sunia w typie tych, co to płochliwie siadają przed Tobą, patrzą Ci w oczy i trzymają w górze, jedną, cieniutką, drżącą łapkę. Psy - te trzy wilkopodobne - nie były głodne, chlebem gardziły i wyjadały tylko co lepsze kąski. Sunia podeszła do jedzenia dopiero, kiedy tamte nie były już nim zainteresowana. Zjadła chleb przesiąknięty olejem, chleb z masłem, bo już nic lepszego nie zostało. Następnego dnia wylizała miskę z bograczem do ostatniego warzywka.

Oddzielna grupa to psy pasterskie. Szare, białe, czarne, łaciate. O wyglądzie obwiesia, skołtunione. Niepodobne do naszych owczarków. Patrzą spode łba, szczerzą zęby. Psy Baskervill'ów. Idziemy górską ścieżką, słońce już nisko nad horyzontem. Słyszymy dość blisko dzwonki owiec. Wiemy już, że zaraz wyjdą na naszą ścieżkę. A tuż przed nimi wyjdą psy. Przed nami z krzaków wyłania się biała wścieklizna na ugiętych łapach, z wlepionymi w nas oczami, warcząca. Za chwilę z boku wyłania się drugi, trzeci i czwarty. Podchodzą bardzo blisko i otaczają nas. Coraz bliżej. Ciarki na plecach. Mamy gaz pieprzowy ale to za mało na takie stado. W rękach kije, którymi się podpieraliśmy podczas drogi. Zaczynamy stukać nimi w ziemię. Psy odrobinę się cofają. Owcze stado wylewa się z lasu na naszą drogę. Wychodzi w końcu pasterz. Widzi nas, odwołuje psy. Biegną do swoich obowiązków. Wymieniamy kilka zdań  i w języku migowym i idziemy dalej. Ja na miękkich nogach.

Z daleka widać lepiej.

Małe Pieniny, marzec 2010
Nasze ulubione miejsce w Małych Pieninach. Do schroniska jest blisko ale dotrzemy do niego już po zmroku. Widzimy z oddali światło w oknach i dym z komina. Krzepiący widok, gdy pod nogami chrzęści śnieg a mróz szczypie w nos. Jacek chciałby zdążyć na Wysoki Wierch zanim zajdzie słońce. Zdjęcia. Ale dziś już nie zdąży. Jak zwykle nie poddaje się jednak, rzuca plecak w wejściu i biegnie na szlak.

Jesteśmy jedynymi gośćmi w schronisku. Wszystko działa tu jak w zegarku - jak zawsze. Za oknem dwumetrowe sople a tutaj cieplutko. Gorąca woda pod prysznicem. Sprawne suszarki do włosów. Czyściutkie łazienki. Nieograniczony dostęp do elektrycznego czajnika. To schronisko jest wyjątkowe.

Wstajemy przed świtem. Gorąca kawa i w górę. Na najlepszą miejscówkę w okolicy. Szlak nieprzetarty więc brniemy w śniegu. Będzie łatwiej kiedy dotrzemy do grzbietu Durbaszki. Do wydeptanej w śniegu ścieżki. Wielki mróz. Jest -25 stopni. Wszystko wokół skrzy się, błyszczy. Pełno tropów - zające, lisy, sarny. Tuż przed nami sadzi wielkimi susami piękny, duży szarak. W drodze powrotnej przebiegnie obok nas stado pełnych gracji saren.


Docieramy na miejsce. Jacek przygotowuje sprzęt fotograficzny a ja przygotowuje się na kwadranse a może godziny marznięcia. Czas zamrożony w tęczowych kryształkach. Trzy Korony, Tatry, Babia Góra, Gorce - wszystko na wyciągnięcie ręki. Ogromna przestrzeń. Z daleka widać lepiej.


Mieliśmy wejść na Wołowiec

Tatry Zachodnie, marzec 2010

Jesteśmy na Rakoniu. Jacek zły. Ja uparta. Właśnie zawróciliśmy z drogi na Wołowiec. Warunki wspaniałe - czyste niebo, słońce, brak wiatru, zimno. Jedyny problem - świeży śnieg i brak przetartego szlaku. Kilkadziesiąt metrów za wierzchołkiem Rakonia spory nawis. I moja niepewność. Czy możemy pod nim bezpiecznie przejść. Sporo poniżej po prawej stronie grani jakieś w miarę świeże ślady. Czy trzeba zejść aż tam? Ale stromizna jest zbyt duża. Brak nam doświadczenia, żeby ocenić bezpieczeństwo tej drogi. Upieram się i wracamy. Zatrzymujemy się na Rakoniu, bo obojgu nam ciężko zrezygnować z wejścia na Wołowiec. Siedzimy i czekamy na niewiadomoco.

Wołowiec widziany z Grzesia 

Daleko na grzbiecie Upłazu widzimy dwa malutkie punkciki. Nie spieszy nam się wcale więc postanawiamy poczekać. Może mają większą wiedzę i ocenią czy droga jest bezpieczna. Spokojnie mijają kwadranse. Ludzie zbliżają się. Narciarze. Docierają na Rakoń. Tak - mogą nas poprowadzić. Idziemy za nimi częściowo przetartym już przez nas szlakiem. Mijamy nawis po prawej ale bez schodzenia w dół. Spokojny, miarowy marsz. Wygodnie nam się idzie po śladach nart. Widzimy na ostrym zboczu Wołowca stado kozic. Jak zawsze dziwią nas ich akrobatyczne umiejętności. Już wiem, kto zrobił ślady poniżej nawisu. Dobrze, że jednak nie poszliśmy kozim szlakiem.

Zaczyna się prawdziwa stromizna. Nasi przewodnicy zdejmują narty. Dalej poniosą je na plecach. Wyprzedzamy ich - teraz droga jest już łatwa - prosto do góry. Nasza kolej na przecieranie szlaku. Docieramy do szczytu. Po prostu mieliśmy tu wejść. I jesteśmy. Wielka radość.


Czeka nas jeszcze długa droga powrotna. Nasi towarzysze planują zjazd z Wołowca do Chochołowskiej Wyżniej. Będziemy podziwiać i dokumentować ich zjazd z grani.

Od świtu do zmierzchu

Tatry Zachodnie, marzec 2010

Cierpliwość została nagrodzona i trafiamy na pogodę wymarzoną. Czekaliśmy na nią półtora miesiąca. Ta wspaniała pogoda nie potrwa długo ale da nam trzy cudowne, słoneczne i mroźne dni.
Wstajemy bardzo wcześnie i wychodzimy o 5 rano. Schronisko jeszcze śpi. Wielki mróz. Pewnie około -20, może  więcej. Prognozy zapowiadały -18 w dzień. Teraz jest jeszcze ciemno. Śnieg skrzypi. Błyszczy. Skrzą się lodowe kryształki. Czołówki nie są potrzebne. Zmrożone śnieg odbija najmniejsze nawet światełka. Wspinamy się znaną nam dobrze ścieżką. Na gałęziach świeże czapy śniegu. Nierzeczywiste piękno. Naturalna świątynia. Wspaniałe się idzie w zimowej ciszy. Zupełnie inaczej niż w lepkim skwarze lata.  W górę.


Idziemy na Wołowiec. Po drodze Grześ. Jesteśmy na szczycie całkowicie sami. Trudno tutaj o takie doświadczenia. Grześ to najłagodniejszy szczyt Tatr Zachodnich. Zwykle jest tu dużo ludzi. Panorama Tatr. Widać Gorce i Babią Górę. Mamy mnóstwo czasu. Pijemy ciepłą herbatę.


Jacek zostaje jeszcze na szczycie a ja idę dalej. Będę ruchomym celem, głównym obiektem fotografii. Potęgę gór widać najlepiej, gdy są tłem dla maleńkiego ludzika brnącego przez śniegi. Już na zejściu w stronę Upłazu i Rakonia okazuje się, że szlak nie jest przetarty. Brnę w wysokim śniegu, starając się trzymać szlaku, bo zasypane kosówki tworzą przykre i niebezpieczne pułapki. Nie czuję zmęczenia. Warunki są idealne. Mocno świeci słońce, wiatru nie ma prawie wcale.
  
Wołowiec stromy, podejście ostre. Szlak zasypany śniegiem. Nie ma lodu więc wystarczą raki i kije. Podchodzimy powoli. Piękno gór zimowych nie do wyrażenia, nie do opisania. Pozostaną obrazy wypalone na kliszach pamięci. Szkoda schodzić w dół. Zwlekamy. Do schroniska docieramy po zmierzchu.