Trudno jest usnąć. Burza gdzieś tam jeszcze krąży. Przez całą noc zjeżdżam w dół po karimacie. Pod plecami czuję nierówności - tam gdzie były kępy traw. Śpię, a właściwie przysypiam w sumie może ze dwie godziny. Tylko Ania wysypia się w miarę - nie ma to jednak jak pompowana mata pod plecami. Prawdziwy luksus. Wstajemy około 8 rano. Noc była ciężka, jesteśmy zmęczeni ale i tak cieszymy się, że tu jesteśmy.
Mokry namiot, trochę mokre śpiwory. Ani puchowy zamókł od ścianki namiotu, na mój nakapało z sufitu, bo zostawiliśmy otwarte wywietrzniki. Poranne zbieranie się zajmuje nam dużo czasu. Mija nas grupa sześciu czy siedmiu ludzi z Polski. Nocowali niedaleko. Burza też dała im popalić.
Niestety nadal pada. Mgła jest jeszcze gęstsza. Postanawiamy zejść do Libuchory. Nie ma sensu wracać grzbietem w tej zupie. I tak nic nie widać. We mgle gubimy drogę. Znowu trzeba wracać. Jakimś dziwnym sposobem zamiast do Libuchory trafiamy do Husnego. W sumie lepiej, bo bliżej do Biłaszowic.
"woda schodzi z gór ścieżkami,
wiatr gałęziom strąca krople,
szumi woda pod butami,
wszystko jest zupełnie mokre"
wiatr gałęziom strąca krople,
szumi woda pod butami,
wszystko jest zupełnie mokre"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz