A w Nasicznym gwiazdy świecą mocno.

Bieszczady, październik 2010 
Bieszczady. Niskie, miłe górki. W sam raz na pierwszą próbę sił po tej paskudnej kontuzji.


Liczymy na ognistą, jesienną czerwień buków. Powinno się zaczerwienić w tym lub przyszłym tygodniu.

Godziny jazdy mijają dość szybko. Dojeżdżamy do skrzyżowania na Nasiczne i zatrzymuje nas patrol Straży Granicznej. Sprawdzają dokumenty, auto. Korzystam z okazji i wychodzę rozprostować nogi. Głęboka noc, ciemność rozświetlają tylko reflektory samochodów. Zimno! Bardzo zimno! Krystaliczne powietrze. A nade mną czyste niebo i migoczą gwiazdy Drogi Mlecznej. A Jowisz z Saturnem świecą zgodnie tuż obok siebie - jak dodatkowe, malutkie słońce. Tak dobrze tu widać ten kosmiczny spektakl. Jak zawsze zachwyca i zaskakuje - po warszawskim burym niebie. Tęskniłam. Za mną kilka trudnych miesięcy bez gór. Chłonę zapach powietrza, czuję wiatr, dreszcz zimna. Jest dobrze.


* Nocne zdjęcie oszukane, bo z Zachodnich Tater ale po nocy wszystkie góry podobne ;) O nastrój chodzi, o klimat.

Najdalej jak się da

Tatry Zachodnie, marzec 2010
 
Pogoda trudna do przewidzenia, bo od rana zbierają się chmury. Planujemy wejście na Trzydniowiański, a jak się uda - to na Czubik, a jak się uda - to na Kończysty Wierch, a jak się uda - to na Starorobociański. Po wczorajszym szaleństwie jestem jeszcze zmęczona. Zmęczenie minie jednak szybko. Idziemy szlakiem zaczynającym się tuż obok schroniska.

Znowu wspaniała cisza. Krajobraz czysty, śnieg porządkuje wszystkie linie. Świat uproszczony do ciemnych plam na białym tle. Jak japońska grafika. Jak Ensō. (Obok: Kaligrafia Kanjuro Shibata XX "Ensō". Z prywatnej kolekcji Jordana Langelier'a. Za Wiki.)

Za mostkiem szlak niknie. Zapadamy się w zaspach. Mylą nas ślady nart. Narciarz bezpiecznie przejedzie po zasypanej kosówce. Pieszy zapadnie się w śnieg. Przedzieramy się przez śnieżne zaspy polany, mijamy niewielki żleb. Idziemy przez las. Na skraju lasu czeka nas śnieżne pole otoczone ze wszystkich stron stromymi stokami. Zalega tu mnóstwo śniegu a zbocza na mapie oznaczono jako lawiniaste. Niepokoi mnie to ale postanawiamy iść dalej. Zapadam się w śnieżysko po pachy. Trudno się wydostać. Śnieg trzyma jak beton. Tracimy siły na mocowanie się z zaspami. Podchodzimy powoli, choć chcielibyśmy wydostać się jak najszybciej ze żlebu. 

W końcu wychodzimy na grań. Wieje dość mocno. Wiatr podnosi tumany śniegu, które zasypują natychmiast nasze ślady i tańczą po stoku. Pięknie. Przepięknie. Warto było. Trzydniowiański. Czubik. Siłujemy się z wiatrem podchodząc na Kończysty Wierch. Dalej już nie pójdziemy. Słońce zachodzi i trzeba szybko wracać. Noc łapie nas jeszcze w lesie ale zmrożony nocnym chłodem śnieg ułatwia marsz a droga jest już prosta.


 

Z daleka widać lepiej.

Małe Pieniny, marzec 2010
Nasze ulubione miejsce w Małych Pieninach. Do schroniska jest blisko ale dotrzemy do niego już po zmroku. Widzimy z oddali światło w oknach i dym z komina. Krzepiący widok, gdy pod nogami chrzęści śnieg a mróz szczypie w nos. Jacek chciałby zdążyć na Wysoki Wierch zanim zajdzie słońce. Zdjęcia. Ale dziś już nie zdąży. Jak zwykle nie poddaje się jednak, rzuca plecak w wejściu i biegnie na szlak.

Jesteśmy jedynymi gośćmi w schronisku. Wszystko działa tu jak w zegarku - jak zawsze. Za oknem dwumetrowe sople a tutaj cieplutko. Gorąca woda pod prysznicem. Sprawne suszarki do włosów. Czyściutkie łazienki. Nieograniczony dostęp do elektrycznego czajnika. To schronisko jest wyjątkowe.

Wstajemy przed świtem. Gorąca kawa i w górę. Na najlepszą miejscówkę w okolicy. Szlak nieprzetarty więc brniemy w śniegu. Będzie łatwiej kiedy dotrzemy do grzbietu Durbaszki. Do wydeptanej w śniegu ścieżki. Wielki mróz. Jest -25 stopni. Wszystko wokół skrzy się, błyszczy. Pełno tropów - zające, lisy, sarny. Tuż przed nami sadzi wielkimi susami piękny, duży szarak. W drodze powrotnej przebiegnie obok nas stado pełnych gracji saren.


Docieramy na miejsce. Jacek przygotowuje sprzęt fotograficzny a ja przygotowuje się na kwadranse a może godziny marznięcia. Czas zamrożony w tęczowych kryształkach. Trzy Korony, Tatry, Babia Góra, Gorce - wszystko na wyciągnięcie ręki. Ogromna przestrzeń. Z daleka widać lepiej.


Poczuć zmęczenie

Tatry Zachodnie, marzec 2010
Droga od świtu do zmierzchu w osiemnastostopniowym mrozie wyczerpała moje siły. Ostatnie czynności odebrały ich resztkę. Konieczność zdjęcie raków, stuptutów, butów, górskich ciuchów. Leżę na schroniskowym łóżku i trzęsę się z zimna. Pali mnie odmarzająca skóra twarzy. Wezmę jeszcze prysznic. To dobra decyzja. Organizm powoli zaczyna wracać do normy. Zjadam łapczywie chińską zupkę. Jacek idzie zrobić herbatę. Już jej dziś nie wypiję. Zasypiam.


Mieliśmy wejść na Wołowiec

Tatry Zachodnie, marzec 2010

Jesteśmy na Rakoniu. Jacek zły. Ja uparta. Właśnie zawróciliśmy z drogi na Wołowiec. Warunki wspaniałe - czyste niebo, słońce, brak wiatru, zimno. Jedyny problem - świeży śnieg i brak przetartego szlaku. Kilkadziesiąt metrów za wierzchołkiem Rakonia spory nawis. I moja niepewność. Czy możemy pod nim bezpiecznie przejść. Sporo poniżej po prawej stronie grani jakieś w miarę świeże ślady. Czy trzeba zejść aż tam? Ale stromizna jest zbyt duża. Brak nam doświadczenia, żeby ocenić bezpieczeństwo tej drogi. Upieram się i wracamy. Zatrzymujemy się na Rakoniu, bo obojgu nam ciężko zrezygnować z wejścia na Wołowiec. Siedzimy i czekamy na niewiadomoco.

Wołowiec widziany z Grzesia 

Daleko na grzbiecie Upłazu widzimy dwa malutkie punkciki. Nie spieszy nam się wcale więc postanawiamy poczekać. Może mają większą wiedzę i ocenią czy droga jest bezpieczna. Spokojnie mijają kwadranse. Ludzie zbliżają się. Narciarze. Docierają na Rakoń. Tak - mogą nas poprowadzić. Idziemy za nimi częściowo przetartym już przez nas szlakiem. Mijamy nawis po prawej ale bez schodzenia w dół. Spokojny, miarowy marsz. Wygodnie nam się idzie po śladach nart. Widzimy na ostrym zboczu Wołowca stado kozic. Jak zawsze dziwią nas ich akrobatyczne umiejętności. Już wiem, kto zrobił ślady poniżej nawisu. Dobrze, że jednak nie poszliśmy kozim szlakiem.

Zaczyna się prawdziwa stromizna. Nasi przewodnicy zdejmują narty. Dalej poniosą je na plecach. Wyprzedzamy ich - teraz droga jest już łatwa - prosto do góry. Nasza kolej na przecieranie szlaku. Docieramy do szczytu. Po prostu mieliśmy tu wejść. I jesteśmy. Wielka radość.


Czeka nas jeszcze długa droga powrotna. Nasi towarzysze planują zjazd z Wołowca do Chochołowskiej Wyżniej. Będziemy podziwiać i dokumentować ich zjazd z grani.

Od świtu do zmierzchu

Tatry Zachodnie, marzec 2010

Cierpliwość została nagrodzona i trafiamy na pogodę wymarzoną. Czekaliśmy na nią półtora miesiąca. Ta wspaniała pogoda nie potrwa długo ale da nam trzy cudowne, słoneczne i mroźne dni.
Wstajemy bardzo wcześnie i wychodzimy o 5 rano. Schronisko jeszcze śpi. Wielki mróz. Pewnie około -20, może  więcej. Prognozy zapowiadały -18 w dzień. Teraz jest jeszcze ciemno. Śnieg skrzypi. Błyszczy. Skrzą się lodowe kryształki. Czołówki nie są potrzebne. Zmrożone śnieg odbija najmniejsze nawet światełka. Wspinamy się znaną nam dobrze ścieżką. Na gałęziach świeże czapy śniegu. Nierzeczywiste piękno. Naturalna świątynia. Wspaniałe się idzie w zimowej ciszy. Zupełnie inaczej niż w lepkim skwarze lata.  W górę.


Idziemy na Wołowiec. Po drodze Grześ. Jesteśmy na szczycie całkowicie sami. Trudno tutaj o takie doświadczenia. Grześ to najłagodniejszy szczyt Tatr Zachodnich. Zwykle jest tu dużo ludzi. Panorama Tatr. Widać Gorce i Babią Górę. Mamy mnóstwo czasu. Pijemy ciepłą herbatę.


Jacek zostaje jeszcze na szczycie a ja idę dalej. Będę ruchomym celem, głównym obiektem fotografii. Potęgę gór widać najlepiej, gdy są tłem dla maleńkiego ludzika brnącego przez śniegi. Już na zejściu w stronę Upłazu i Rakonia okazuje się, że szlak nie jest przetarty. Brnę w wysokim śniegu, starając się trzymać szlaku, bo zasypane kosówki tworzą przykre i niebezpieczne pułapki. Nie czuję zmęczenia. Warunki są idealne. Mocno świeci słońce, wiatru nie ma prawie wcale.
  
Wołowiec stromy, podejście ostre. Szlak zasypany śniegiem. Nie ma lodu więc wystarczą raki i kije. Podchodzimy powoli. Piękno gór zimowych nie do wyrażenia, nie do opisania. Pozostaną obrazy wypalone na kliszach pamięci. Szkoda schodzić w dół. Zwlekamy. Do schroniska docieramy po zmierzchu.